Koncernowe „w to mi graj”!


Branża gier komputerowych w ostatnich dwóch dekadach rozrastała się z prędkością światła. Zaczynając od starych dobrych gier typu Pacman, czy Mario – te interaktywne programy komputerowe na dobre zakorzeniły się we współczesnej rozrywce. Na początku gry były tylko produkcjami akademickimi, lecz po wielkim sukcesie Pong’a w 1972 roku weszły do masowego obiegu. Z upływem lat powstawały coraz to nowsze konsole, same komputery stawały się mocniejsze, a co za tym idzie wymagania odbiorców dotyczące jakości pojawiających się gier.

Wraz ze zwiększeniem się popytu na tą branżę rozrywki zaczęły napływać na rynek światowy nowe koncerny próbujące za wszelką cenę sprostać wymagającym klientom. Powstały takie firmy, jak : Blizzard (oferujący nam m.in. serię „Warcraft” oraz wszystkie pochodne, „Diablo”, a także ostatnio bardzo popularny „Heroes of the Storm”), Electonic Arts (od 1994 roku raczy nas tytułami takimi jak „FIFA” czy „Need for Speed”), Rockstar Games (znany z wielu części „Grant Theft Auto”) oraz wiele innych. Od samego początku stawiały one na solidność wykonania, jak najlepszą grafikę oraz przede wszystkim niesamowitą rozrywkę, którą zapewniają nam z każdym wypuszczonym tytułem. Nic więc dziwnego, że wraz z rozwojem technologii zwiększają się też ceny, jakie musimy płacić za kolejne produkcje. Ładne modele postaci, animacja, przepiękne krajobrazy, czy coraz to lepsze udźwiękowienie wsparte dubbingiem sławnych osób – to wszystko wpływa na czas pracy deweloperów oraz rzecz jasna na wartość gier. Koncerny, które już wielokrotnie pokazywały nam, że potrafią stworzyć małe dzieło sztuki zyskały zaufanie graczy.

Niestety wiele korporacji, które dawniej raczyły nas swoimi tytułami dziś traktują konsumentów jak dojną krowę, często zwyczajnie kłamiąc odnośnie nowych produkcji. Co mam na myśli mówiąc o oszukiwaniu graczy?

Chodzi głównie o obecny marketing i reklamę. Twórcy wykorzystują najnowsze zdobycze techniki do produkcji trailerów, prezentujących ich nadchodzący produkt. Jesteśmy wręcz zasypywani tego typu materiałami, a im bliżej do premiery tym więcej ich wychodzi. Niestety od kilku lat panuje trend do zawyżania jakości grafiki w materiałach promocyjnych, względem finalnej wersji produktu. Świetnym przykładem tego jest firma Ubisoft, która promując „Watch Dogs” pokazywała niesamowicie realistyczną grafikę, wręcz olbrzymi skok jakościowy wprawiający w osłupienie wszystkich oglądających. Nic więc dziwnego, że gracze wręcz nie mogli się doczekać dnia premiery obawiając się jednocześnie o to, że będą musieli ulepszyć swoje komputery aby doświadczyć tych wszystkich wodotrysków. Jakże bardzo zdziwili się ludzie, gdy kupując finalną wersję produktu okazało się, że gra nawet w połowie nie wygląda tak, jak prezentowały ją rzekome materiały promujące grę. Na Ubisoft spadła fala krytyki, firma straciła wielu potencjalnych odbiorców, ale pieniędzy jakie zarobiła nikt im nie odbierze. Jeszcze do niedawna taka sytuacja była nie do pomyślenia, głównie ze względu na to, że deweloperzy zawsze przed premierą wypuszczali wersję demo swojego nadchodzącego produktu po to, aby gracze mogli sprawdzić, czy dana gra będzie im działać prawidłowo oraz czy w ogóle ich zainteresuje. Takie wersje demonstracyjne można było dostać choćby na płytach dołączonych do czasopism branżowych lub po prostu pobierając z sieci za darmo. Było to bardzo pozytywne zjawisko ponieważ wersje demonstracyjne były to zazwyczaj wycięte pojedyncze wątki z pełnej wersji gry, a co za tym idzie mieliśmy wgląd w to jak wygląda finalny produkt.

Kolejnym sposobem oszukiwania graczy są wszechobecne DLC (Downloadable Content). Są pojedyncze, małe dodatki do gier, za które trzeba nadprogramowo zapłacić. Coraz częściej spotykamy się z tym, że kupując nowy tytuł na konsolę (wydatek rzędu 260zł) nie dostajemy jego pełnej wersji. Musimy dodatkowo płacić za pojedyncze mapy, bronie czy misje (średnio po 20-40zł każdy). Jest to nic więcej, jak zwykłe naciąganie graczy na to, aby małym nakładem pracy zarobić na produkcji jeszcze więcej. Niestety w ciągu ostatnich lat tego typu zabiegi stały się normą, a niektóre korporacje wykorzystują je wręcz bezczelnie i perfidnie. Świetnym przykładem może być firma Capcom, która zaraz po premierze „Street Fighter X Tekken” zapowiedziała 12 dodatkowych wojowników, którzy zostaną wydani w formie DLC i będzie je można nabyć płacąc oddzielnie. Kilka dni później świat obiegła informacja, że grupa hackerów przejrzała wszystkie pliki na płycie z grą i dokopała się do tego, że owe postacie już tam są. Zostały one po prostu bezczelnie zablokowane przez deweloperów po to, abyśmy za każdego z nich dodatkowo zapłacili de facto kupując drugi raz to samo.

Dawniej sytuacja wyglądała inaczej. Gry, które trafiały na półki sklepowe były finalnymi produktami, bez kolejnych ukrytych transakcji. Producenci wydawali natomiast dodatki (tzw. Expansion Pack), które przedstawiały dalsze losy bohaterów podstawowej części gry oraz kolejne zwroty akcji w fabule. Cena takiego dodatku wynosiła ok 60-70zł jednorazowo, ale zapewniał on spokojnie ponad 10 godzin rozgrywki.

Przykładów tego typu jest bardzo dużo, a naiwni ludzie często nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że są zwyczajnie dojeni z ciężko zarobionych pieniędzy. Naturalnie są ludzie, którzy patrzą producentom na ręce i wytykają tego typu zabiegi, robiąc jednocześnie firmom anty-reklamę, jednakże jest takich osób niewiele w stosunku do jeleni, którzy bez żadnego researchu w dniu premiery lecą do sklepu i po prostu kupują. Nie wiem do czego to wszystko zmierza, ale obawiam się, że może być tylko gorzej.

Autor: Patryk Pietkiewicz

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s