Recykling Metalu: Acme


Po ostatnich szwedzkich zespołach przychodzi pora docenić coś rodzimego: płyta, dzięki której kilku ogólnie mniej znanych gości miało możliwość pograć na scenie razem z Deep Purple, Anathemą czy Moonspellem. Płyta, dzięki której połączenie słów „Opole” i „muzyka” nie musi oznaczać tylko Steczkowskiej czy Piaska na festiwalu kiczu. Płyta, dzięki której można poznać historię spektakularnego wzlotu i żenującego upadku. Przede wszystkim jednak płyta pozwalająca spokojnie na 45 minut odlecieć i tego czasu z czystym sumieniem nie żałować: Acme.

Sirrah wystartował we wspomnianym Opolu w 1992 roku w dosyć popularny sposób: dwóch ziomków pisze kawałek dla rozrywki, okazuje się, że jest niezły, zgarniają resztę ekipy i tworzą materiał na całą płytę. Ta ostatnia ukazała się ostatecznie w 1995 roku dzięki małej, lokalnej wytwórni. Jak łatwo się domyślić taka skromna firemka nie miała za bardzo możliwości szastania funduszami na promowanie materiału, więc chłopaki szukali szczęścia dalej. Zanim udało im się podpisać papiery na płytę z kolejną wytwórnią, zdążyli zrobić się całkiem rozpoznawalni na polskiej scenie, co nie powstrzymało jednak zmian w składzie – jakby nie patrzeć – w dość jeszcze wczesnym etapie istnienia zespołu. Umowa z nową wytwórnią zmuszała Sirrah do ponownego nagrania wydanej już płyty: delikatnie przerobili kawałki, dograli jeden nowy i tak światło dzienne ujrzał opisywany dzisiaj Acme w drugim wydaniu (1996).

A Band that Makes Everything

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w ucho po odpaleniu krążka jest fakt, że w ogóle ciężko stwierdzić, co to jest za gatunek muzyki. Całe szczęście, że przynajmniej nie ma wątpliwości, że to metal, ale z dalszym nazewnictwem robi się problem: jest to kombinacja deathu, doomu, progresywy, gothu i masy innych rzeczy, także teoretyzowanie sobie odpuszczę, bo zabraknie bajtów w necie na opis. Ważniejsze jest jak to brzmi – a brzmi dobrze.

Ear Impressions

Już pierwsze nuty budują mocny, melancholijny klimat, który utrzymuje się przez prawie cały czas, i – pomimo delikatnego zapachu wczesnej Anathemy czy Treblinki – wyraźnie jest wzniesiony na wyższy, kreatywniejszy poziom względem ówczesnej konkurencji. Początkowa, tytułowa piosenka ukazuje główną magię tej płyty: przenikanie się linii melodycznych. W poprzednich Recyklingach zachwalałem sobie dialogi gitarowe poszczególnych partii, jednak samo Acme – tak piosenka, jak i płyta – jakby dążyło do ich ciągłego utrzymania, zarówno na gitarach, jak i mikrofonie. Solista, potrafiący porządnie zagrowlować i płynnie przejść w głos przypominający opętanego, średniowiecznego księdza zaraz po egzorcyzmach przy delikatnym wsparciu się winem mszalnym jest zdecydowaną mocną kartą grupy. Jeżeli do tego dopisze się spokojny, hipnotyzujący wręcz damski wokal, który często uzupełnia linię frontmena, to naprawdę ciężko jest się w kwestii śpiewu do czegokolwiek przyczepić. Najbardziej widoczny element wokalu jest na Bitter Seas, gdzie miejscowe zagrania na trzy (!) głosy sprawiają, że muzyka wydaje się być zbędnym dodatkiem do cięższej wersji utworu a cappella.

3128_photo

Ta ostatnia jednak, zamiast być pustym tłem, często wprawia w osłupienie: chłopaki potrafili dobrze wykorzystać zarówno zwykłe akordy do podkreślenia klimatu czy śpiewaków (Pillbox Impressions), jak i stworzyć trzygłosowe (dwie gitary + smyczek) dzieło sztuki, które trudno jest gdziekolwiek indziej usłyszeć. Jakby tego było mało – często pojawiają się klawisze. Tutaj jednak zaczyna się robić problem: wyraźnie widać, gdzie pomysł na zagrywkę był, a gdzie zabrakło weny. Nie chodzi tutaj nawet o różnice między poszczególnymi utworami – idealnym przykładem będzie A U Tomb, gdzie kawałek zapowiada się świetnie, ale znienacka kompozytora dopada nagłe zaćmienie umysłu i w połowie grania robi się z tej masy linii melodycznych straszna kakofonia. Takich mniej miłych niespodzianek jest niestety więcej: sam nie wiem co myśleć o On The Verge, które przecież zapoczątkowało istnienie zespołu, a jednak poziom piosenki bym – powiedzmy delikatnie – negocjował: zła nie jest, ale nie da się odrzucić myśli, że autor sam do końca nie mógł się zdecydować co chce w niej usłyszeć.

Bitter Sounds

Ogólna kompozycja płyty też jest zachwiana: wiadomo, że nie jest prostym zadaniem utrzymać jednoznacznie wysokiego poziomu we wszystkich utworach (tym bardziej przy tylu liniach dźwięku), jednak zastanawiające jest wstawienie Panacea na krążek. Rozumiem, że trzeba zmienić czasem klimat piosenek, ale wklejenie prześmiewczo, banalnie prosto brzmiącego kawałka na płytę pełną ciężkiego klimatu dosłownie wybija z rytmu i wprawia w konsternację. Jeszcze gorzej wygląda In The Final Moment, który pomimo świetnego początkowego riffu, dalej najzwyczajniej w świecie nie daje rady. Zarówno muzycznie jak i lirycznie brzmi, jak inny zespół, a będąc końcowym utworem pozostawia delikatny niesmak, którego nie ma już co zakryć.

Passover 1996

Same teksty w debiutanckiej płycie Sirraha krążą wokół osobiście brzmiących, agresywno – depresyjnych tematów (chociaż znajdzie się i historycznie zabarwiony Passover 1944) i tak też, niestety, wygląda historia zespołu. Po Acme grupa wydała jeszcze Will Tomorrow Come, który jednak, moim skromnym zdaniem, niewiele już ma z wcześniejszego klimatu. Następnie, jak na typową historię powstania zespołu przystało, typowo się ona skończyła. Ptaszki ćwierkają, że chłopaki pocięli się o pieniądze i przygoda dobiegła końca. Co prawda reaktywowali się w 2013 roku i nawet wypuścili nowy kawałek, jednak z szacunku do Acme więcej nie będę o nim więcej wspominał. Być może z Sirrah wyszedłby zespół równie dzisiaj znany na świecie co Behemoth czy Vader, jednak okres najlepszej twórczości został bezpowrotnie zaprzepaszczony przez temat równie ważny, co żenujący. Pozostaje tylko odpalić Acme, co też zalecam zrobić w dwóch odmianach: w wersji z 1996 i 1995. Niby inne, a jednak to samo. Niby to samo, a jednak inne. Niby miejscami nierówne, a i tak znakomita perełka polskiej muzyki – polecam!

TL;DR:

Gatunek: Progresywny Doom Metal (Opole);

Za: gęsty klimat, bogata i przemyślana ścieżka dźwiękowa…

Przeciw: … która miejscami kończy się katatoniczną rzeźnią, wyraźny podział na momenty „równe i równiejsze”;

Podobne: Paradise Lost, Anathema, Treblinka / Tiamat.

Autor: Piotr Maślij

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s