Recykling Metalu: Nightmares Made Flesh


Po serii ostatnich średnio mocnych albumów przychodzi czas na płytę nastawioną bezpośrednio na potężniejsze zagranie. Porządne szarpanie strun, wbijanie bębnów w podłogę, klimatyczne zdzieranie gardzieli – wszystko to w imię wskrzeszenia pełnoprawnych, staroszwedzkich, deatmetalowych zagrywek: przed państwem Bloodbath z ich drugim dzieckiem Nightmares Made Flesh.

Desecrate me

Samo powstanie zespołu owiane jest typową dla tej muzyki legendą – podobno na wspólnym koncercie kilku gości z różnych kapel leje wspólnie w krzakach i ktoś rzuca hasło utworzenia zespołu, który brzmiałby tak, jak brzmieć powinien pełnoprawny, stary szwedzki metal z lat ‘80 i ’90 z Entombed na czele. Reszta podchwyca pomysł i na świat przychodzi Bloodbath – powstaje on w niebyle jakim stylu, bo w składzie na starcie zasiadają chłopaki z Katatonii (gitary), Edge of Sanity (bębny) i Åkerfeldt na mikrofonie z osławionego Opetha. Wymagania wobec takiego składu są całkiem spore, a wydany przez nich Resurrection Through Carnage z nawiązką je spełnia. Przy kolejnym materiale zachodzą małe zmiany w kadrze: zmiana perkusisty oraz bardziej znacząca zmiana wokalisty na Tägtgrena, który na co dzień udziela się w Hypocrisy. Takie połączenie daje w 2004 roku połączenie jeszcze żywsze i bardziej diabelskie od poprzednika – Nightmares Made Flesh.

Tear me limb from limb

Już na dzień dobry płyta wita nas porządnymi blastami i ciężkim brzmieniem z delikatną nutką melodii. W zasadzie tyle dobrego da się powiedzieć o otwierającym krążek Cancer of the Soul: czuć po nim porządną dawkę mocy, widać potencjał leżący w płycie, jednak piosence wyraźnie brak iskry bożej (czy może w tym wypadku: wsparcia sił piekielnych). Jest spoko i nic więcej, tak samo jak z kolejnym, nieco żywszym od poprzednika, Brave New Hell. Do tego duetu dodajmy Soul Eviscernation i możemy zrobić pierwsze podsumowanie: jest spoko, ale bez szału. Trzy pierwsze kawałki prezentują poziom poprawnego, konkretnego skandynawskiego metalu, który jednak nie porywa; ba – może nawet zniechęcić do dalszego słuchania. Biada tym, którzy w takim momencie wyłączają płytę, bo później robi się naprawdę ciekawie.

 bb1.jpg

Oblicze krążka zmienia się wraz z nadejściem Outnumbering the Day, który jest jedną z głównych gwiazdek Nightmares Made Flesh. Solidne bębny, ciekawe zagrywki i świetnie napisany tekst dobrze komponujący się zarówno z muzyką, jak i głosem solisty dają temu kawałkowi gwarantowaną nominację do zapisania się jako klasyk gatunku. Co więcej – całość jest tak skomponowana, że idealnie nadaje się i do spokojnego potupania nogą w busie, i do ściany śmierci na pełnoprawnym zjeździe koneserów gatunku. W zasadzie lepszy od niego może być chyba najbardziej popularny utwór z płyty, Eaten, będący wolnym, rytmicznym, niemalże transowym błaganiem o zjedzenie siebie (niekoniecznie) po śmierci. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi – dobrane do tematu słowa tworzą z tego idiotycznego pomysłu na tekst całkiem przyjemnie słuchaną, liryczną perełkę. Reszta płyty trzyma już w miarę równy poziom – w miarę, ponieważ miejscami wyraźnie brakowało pomysłu na dokończenie danej, dobrze wymyślonej zagrywki czymś równie przyjemnym. Tak więc mamy na przykład Stillborn Saviour ze świetnym mostkiem, a co najwyżej poprawną resztą, czy Draped in Disease z genialną zwrotką i wyraźnie mniej przemyślaną resztą. Trzeba jednak wspomnieć, że w wypadku tej płyty „poprawna reszta” jest równa i tak niebywale wysokiemu poziomowi!

Eviscerate me

Wspomniałem wcześniej o tekstach. Najcięższa do przełknięcia piguła (Eaten) już poszła, reszta tematycznie jest już mniej abstrakcyjna. Zasadniczo są to – jak w założeniu zespołu być miało – typowo deathowe rozprawki o nadchodzącym końcu świata, czekającym każdego ogniu piekielnym i takie tam mało oryginalne pomysły. Lepiej za to sprawdza się wdrożenie tej tematyki w życie: od świetnie napisanych, poważnie brzmiących przepowiedni z Outnumbering the Day aż do nieco prześmiewczo – niedorzecznych popisów lirycznych w stylu wspomnianego Eaten. Zabójczych ilości grafomanii w każdym razie nie stwierdzono. Ukłony i specjalny krąg piekielny należą się za to muzykom, którzy potrafili świetnie wyważyć moc nagrań z ich względną melodycznością, o płynnych i licznych zmianach tempa nie zapominając. Kawał dobrego mięcha ze słuchawek w tej płycie leci.

bb2

Chew me to death

Założeniem muzyków z Bloodbath’a było wskrzeszenie idei starej, dobrej łupanki godnej skandynawskiej ziemi – Nightmares Made Flesh jest ich kolejnym dowodem na to, że goście wiedzą co robią i robią to dobrze. Osobiście muszę nawet stwierdzić, ze zmiana Åkerfeldta na Tägtgrena wyszła na plus – a taki tekst mi lekko przez gardziel nie przejdzie, bo i tak wkład tego pierwszego w rozwój szwedzkiego metalu uważam za nieoceniony. Dla chętnych kontynuowania słuchania ich twórczości bądź sprawdzenia lidera Opetha w brutalniejszej akcji wspomnę tylko, że kolejna ich płyta niesie ze sobą powrót pierwotnego growlera. Ostatni ich krążek, najmocniejszy i najbardziej soczysty – Grand Morbid Funeral z Nickiem Holmsem na mikrofonie – potwierdza jednak fakt, że skupienie się Mikaela na swoim głównym zespole wychodzi na dobre obu grupom. Tak czy inaczej Nightmares gorąco polecam, krążek wart niejednego grzechu!

Autor: Piotr Maślij

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s