Długie rozmowy i nadwyżka sztucznej krwi


Trzy godziny to naprawdę sporo czasu, ale mimo wszystko, właśnie tyle postanowiłem spędzić w kinie. Chyba łatwo się domyślić, co mnie tam zaprowadziło. Była to „Nienawistna ósemka” – nowy film Quentina Tarantino. Moje oczekiwania były ogromne – przyznaję. Mój pierwszy wniosek po obejrzeniu filmu? To nie jest najlepsze dzieło tego reżysera.

Spotkałem się z wieloma świetnymi recenzjami, ale dla równowagi słyszałem też te bardzo niepochlebne. Po pierwsze: zarzut długości i przegadania. Jest to zdecydowanie zarzut nietrafiony. O ile długość może niektórych nużyć, to owo przegadanie jest jak najbardziej atutem tego filmu – jakkolwiek to brzmi. Tak więc, idąc tym tropem – długie i mozolnie budowane dialogi wynagradzają czas trwania „Nienawistnej ósemki”. Bo jest to przecież znak firmowy Tarantina i nie sposób wyobrazić sobie jakiegokolwiek jego dzieła bez tejże konstrukcji, która tutaj doprowadzona jest do perfekcji. Słyszałem też opinię, że te trzy godziny są celowym zabiegiem, trochę na przekór współczesnej kinematografii. Nie wiem czy to tylko domniemania, ale kupuję ten argument bez najmniejszego zająknięcia.

„Nienawistna ósemka” to kolejny, po „Django”, western stworzony przez Tarantina. I tutaj też niestosowne jest porównywanie obu filmów, co wielokrotnie miało miejsce. Oczywiście akcja obu filmów dzieje się na dzikim zachodzie i oba filmy opowiadają historie, w których biorą udział kowboje, łowcy głów i czarnoskóry, wolny człowiek. Tylko, że oba filmy to dwa różne stylistyczne światy. „Django” to obraz widowiskowy pod względem wizualnym, ale „Nienawistna ósemka” to obraz widowiskowy pod względem formy – dopracowany do najmniejszych szczegółów, skrupulatnie zbudowany. W „Django” mieliśmy do czynienia z szybką akcją, a w „Nienawistnej ósemce” wszystko trzeba cierpliwie wyczekać. Można porównywać oba te westerny, ale po co? Naprawdę nie widzę większej potrzeby takiego zabiegu.

W czym tak naprawdę tkwi mankament „Nienawistnej ósemki”? Opowiedziana historia jest za mało skomplikowana, pojawia się wrażenie układanki. W pewnym momencie można złapać się za głowę i spytać samego siebie „To kto w końcu jest tym złoczyńcą?!”. Ale w chwili, kiedy wszystko się wyjaśnia, nagle człowiek staje przed całością i wcale już nie jest tak pogmatwana, jak się wcześniej wydawało. I pod tym względem mogę się zgodzić, że film jest trochę za długi, bo można było opowiedzieć to wszystko sprawniej, szybciej. Nagle wszystko staje się jasne i nie musimy robić sobie w głowie retrospekcji (jak, np. w przypadku filmu Nolana „Prestiż”) i klocek do klocka składać rzeczywistości w spójną całość. To jest właśnie mankament tego filmu. Jednakże warto zadać sobie pytanie: co było celem Tarantina? Jeśli zbudowanie filmu na zasadzie „zagadka przy zagadce”, to trochę Tarantino poległ. Jeśli stworzenie klaustrofobicznego klimatu, w którym każdy może być w zmowie z każdym, to sztuka ta wyszła reżyserowi nieźle. Jeżeli żaden z tych wariantów nie jest prawidłowy, a chodziło po prostu o to, żeby zrobić dobre kino rozrywkowe ze świetną obsadą i dialogami, to jestem w stanie to zaakceptować i pochwalić.

Co do walorów tejże produkcji: genialna gra aktorska każdego z osobna. Tutaj nie można mieć żadnych zastrzeżeń, bo jest to popis najwyższych umiejętności. Kolejnym plusem jest muzyka. Tarantino powrócił do współpracy z Ennio Morricone i efekty widać (czy raczej słychać) gołym okiem (czy raczej uchem). Nie mogło się również obyć bez kilku piosenek, które wybrał reżyser, ale w tej kwestii Tarantino się nie myli. Świetne zdjęcia, nietypowe ujęcia kamery – tutaj też wszystko jest na swoim miejscu. No i oczywiście niebanalne poczucie humoru – chociażby w scenach z zamykaniem drzwi. Ale muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, która mnie samego zdziwiła. Otóż po raz pierwszy, oglądając film Tarantina, pomyślałem „Po co tyle krwi?”. Naprawdę mam wrażenie, że w „Nienawistnej ósemce” jest tego wszystkiego zbyt dużo i w formie, jakiej nie byłem w stanie przyjąć. Począwszy od odcinania ręki maczetą, skończywszy na mózgu, który rozpryskuje się na twarzy jednej z głównych postaci. Chyba Quentin Tarantino popuścił wodze fantazji zamawiając sztuczną krew.

Jakoś tak się składa, że Tarantino robi filmy w kratkę – jeden genialny, następny trochę słabszy itd. „Bękarty wojny” nie zachwycały. „Django” zwalał z nóg. „Nienawistna ósemka” mogłaby być lepsza. Z pewnością wrócę jeszcze do tego filmu, jak wracam do każdego, który wychodzi spod pióra Amerykanina, ale chyba bardziej czekam na kolejny. Oczywiście to nie tak, że nie warto iść do kina – warto, żeby zobaczyć niekwestionowanego mistrza formy, mimo że treść (tym razem) pozostawia wiele do życzenia.

 Autor: Michał Kaźmierczak

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s