Recykling Metalu: The Black Waltz


Dotychczas, pisząc w tym dziale o skandynawskim metalu, prawie zawsze odnosiłem się do Szwecji. Pora zmienić ten stan. Norwegia i Finlandia również mają się czym pochwalić: na dowód przedstawię pełną energicznych zagrywek perełkę z kraju wódki i reniferów: przed państwem fiński Kalmah!

Jeżeli nie pomaga ci sauna, trunek i smoła, to rzeczywiście twój stan jest beznadziejny

Swoją karierę panowie, jeszcze pod nazwą Ancestors (1991), rozpoczęli dość dawno, w zawrotnym tempie wydając nowe kawałki. 6 demówek, publikowanych (prawie) rok po roku, nie przysporzyło im jednak zbyt dużej popularności. Pierwszy sukces przyniosło zespołowi dopiero nagranie Svieri Obraza z 1999 roku (już pod obecną nazwą). Dalej poszło jak z górki: kontrakt, pierwsza pełnoprawna płyta Swamplord (ciepło, zresztą, przyjęta), trasa po Finlandii, kolejny niesamowicie klimatyczny krążek (They Will Return), okrzyknięty mianem godnego następcy pierwszego nagrania, później Swampsong (2003) z najbardziej rozpoznawalnym dla Kalmaha utworem Heroes to Us. Może się wydawać, że to wystarczyło, aby osiągnąć sukces, jednak prawda jest taka, że nawet jeśli panowie go odnieśli, to do zwycięstwa czekała ich jeszcze długa droga – głównie za sprawą bezpardonowej surowości nagrań i wokalu godnego zarzynanej świni, który w wielu osobach budził chęć odłożenia ich dyskografii na półkę z wiecznie czekającymi na przesłuchanie płytami. W 2006 roku wyszedł jednak The Black Waltz, który zasadniczo zmienił brzmienie zespołu, niemalże gwarantując mu stałe miejsce na piedestale najbardziej zasłużonych fińskich zespołów o cięższym brzmieniu. Co dokładnie warte jest uwagi w tym krążku?

Umiejętności nie są ciężarem

Dobry materiał zwiastują już pierwsze nuty na płycie. Rozpoczynający Defeat już na starcie pozwala zauważyć połączenie prostoty i rytmiczności pojedynczych pociągnięć strun z wieloinstrumentalną kakofonią. Częste zmiany tempa, utrzymane głównie w częstotliwości wiele – sporo – w cholerę uderzeń na minutę, tak wyraźnie zaznaczone w tym utworze, będą stałym elementem rozrywki przez większą część płyty i nie pozwolą spokojnie zasnąć ze słuchawkami na uszach. Na szczęście, nie jest to bezsensowna seria blastów i stopy. Nastawienie nie tylko na energiczność, ale i melodyczność wykonania tworzy z tego niepowtarzalnie udane połączenie. Mało? To może wspomnę jeszcze o długiej i żywej solówce gitary/klawiszy, gdzie po prostu nie da się nie docenić technicznych umiejętności gitarzystów!

Entuzjastyczne przyjęcie krążka może delikatnie stopnieć wraz z zakończeniem utworu, bo w zasadzie te 5 i pół minuty jest jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym momentem płyty. Nie znaczy to jednak, że dalej jest źle. Następne Bitter Metallic Side oraz Time Takes Us All również dają radę – mimo wyraźniejszego rozgraniczenia rytmicznych i melodycznych części utworów jest bardzo dobrze. Problemem może być jedynie to, że w porównaniu do poprzedniego kawałka niewiele można w nich znaleźć urozmaiceń. Niektórym może „rzucać się w uszy” również zdecydowanie częstsze wyjście klawiszy na pierwszy plan, co sam traktuję jako delikatne pójście na łatwiznę (chociaż mogę się mylić – w życiu nie komponowałem ani nie grałem na klawiszach w zespole).

Kalmah_-_Tavastia08_-_01.jpg

Uwagę przyciąga za to To the Gallows – głównie za sprawą świetnego wstępniaka. Wiadomo, że uwertura opery nie czyni, jednak koncentracja na utworze już gwarantowana – i słusznie, bo reszta, pomimo miejscami przesadzonych skoków tempa i liczby blastów na sekundę, z powodzeniem może zostać zaklasyfikowana do grupy najlepszych kawałków na płycie. Jednak ponieważ jestem upierdliwy, i tak się przyczepię do chórków w refrenie, ale nie jest to zarzut dyskwalifikujący.

Po przesadnie momentami żywym utworze, można zrelaksować się przy instrumentalu (Siveri Doroga) i tytułowym kawałku The Black Waltz, będącym najwolniejszym (i mocnym jednocześnie) utworem. To dobry dowód na to, że Kalmah potrafi grać stosunkowo wolno, zachowując przy tym charakterystyczną dla nich moc kawy zapijanej energetykiem. Chcąc wypisać plusy tej kompozycji… musiałbym się powtórzyć. Znowu zmiany tempa, znowu melodyczność, znowu solówka. Pojawia się już jednak pierwszy poważny minus całej płyty…

Pusta stodoła nie potrzebuje dachu

Prawda jest taka, że zwyczajnie trudno wysłuchać jej od początku do końca w skupieniu. Wszystko jest na wysokim poziomie, ale schematyczne, jak robienie placków ziemniaczanych. Brakuje tutaj poważniejszego powiewu świeżości, tym bardziej, że 5 pozostałych utworów już niemal wcale się nie wyróżnia (no, może jednak The Groan of Wind zasługuje na uwagę dzięki świetnej zwrotce). Niemalże identyczna jest budowa każdego utworu, wzór łączenia klawiszy z gitarą, statyczny śpiew (o ile można go tak nazwać). Ostatni aspekt to właśnie wokal, który sam w sobie ma unikalne brzmienie, nawet nie tak odpychające, jak na poprzednich krążkach, jednak na dłuższą metę męczy – a szkoda, bo teksty Kalmaha to prawdziwy majstersztyk!

Kalmah_-_Jalometalli_2008_-_01.jpg

Najbardziej głuchy ten, kto słuchać nie chce

Ogólnie rzecz ujmując, płyta nie jest zła. Jest znakomita, tyle że najlepiej nie słuchać całej naraz. Zbyt duże jest ryzyko, że wpadnie się w trans, skończy płytę i zda sobie sprawę, że w zasadzie nie kojarzy się połowy utworów. A naprawdę jest się na czym skupić. Niesamowicie udane jest połączenie melodyczności i mocy, pozbawione typowego speed metalowego grania miliona nut pozornie na oślep, a jednocześnie nieprzymulające. Nie wolno też zapomnieć o dobrych pod względem tematyki, treści i formy tekstach. Przy takim połączeniu wpadki (np. niepotrzebne wysuwanie się klawiszy na pierwszy plan czy chórki ni w ząb niepasujące do reszty) to pikuś. Gorzej jest przyzwyczaić się do growlu – jeżeli Ci się to uda, od razu polecam bardziej mistyczne They Will Return bądź spokojniejsze For The Revolution!

TL;DR:

Gatunek: melodyczny power / death metal (Oulu, Finlandia)

Za: moc wykonania, tempo zagrywek, teksty i solówki

Przeciw: wokal zdecydowanie nie dla wszystkich, miejscowa kakofonia i niepasujące do reszty zagrywki, schematyczność

Podobne do: Eternal Tears of Sorrow, Noumena, baaardzo dalekie podobieństwo do Wintersun

Autor: Piotr Maślij

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s