Trzeba robić swoje


Marta Wiśniewska mówi o sobie, że jest przede wszystkim studentką, choć rozwija się na wielu płaszczyznach. Jest redaktorem portalu kolarskiego naszosie.pl, próbuje swoich sił w dziennikarstwie radiowym, przewodzi kołu naukowemu „Eter”. W zeszłym roku wygrała organizowany na Wydziale Humanistycznym UWM konkurs Superhuman, wyróżniający humanistów z pasją. Bo w wolnych chwilach Marta zawsze wybiera rower.

Nam opowiada, dlaczego sama zgłosiła się do konkursu, jak poradziła sobie z krytyką, która na nią spadła i co zmieniło się w jej życiu po zdobyciu tytułu Superhumana.

12903585_1128719520513147_1767889454_o
Hanna Łozowska: Świadomie wybrałaś kierunek studiów?
Marta Wiśniewska: Tak. Zaplanowałam to już pod koniec gimnazjum. Planem „B” była filologia angielska. Dziennikarstwo przeważyło, bo właśnie tam widziałam siebie. Na te chwilę się odnalazłam. Zobaczymy, jak będzie w przyszłości.
H.Ł.: Do Superhumana można zgłosić się samemu lub zostać zgłoszonym, gdy ktoś nasze działania dostrzeże. Ty zgłosiłaś się sama?
M.W.: Zgłosiłam się sama, ale dopiero po namowach pewnych osób, które mnie zachęciły. Samo to, co robiłam, a co zostało później ocenione w konkursie, spotkało się z pozytywnym odzewem. Stąd właśnie zgłoszenie.
To ciekawe, że po tym, jak już sama wysłałam formularz, okazało się, że ktoś inny także zaproponował zgłoszenie mnie, więc to tylko potwierdziło, że ten ruch był dobry.
H.Ł.: Kiedy wysyłałaś swoją kandydaturę, myślałaś już o tym, że w tym konkursie otrzymasz najwyższe noty?
M.W.: Nie, absolutnie. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że to, co robię, to nie jest jakaś zabawa, tylko, że to pewnie coś daje. Jednak mieliśmy do czynienia z pierwszą edycją konkursu, nie miałam pojęcia, kto zasiądzie w kapitule, jak moja aktywność będzie oceniona. Wśród uczestników konkursu byli bardzo różni ludzie: i ci zaangażowani w działalność społeczną, i poeci, i młodzi naukowcy. Nie myślałam o zwycięstwie, chociaż pamiętam taki weekend przed finałem konkursu, kiedy pomyślałam sobie, że zaraz rozstrzygnięcie, więc wypadałoby pójść na galę finałową. Miałam bardzo zajętą niedzielę, byłam zmęczona po całym dniu. Właściwie za bardzo się nie wyspałam, nie zwracałam nawet uwagi, jak się ubrać, żeby wyglądać w miarę schludnie.
H.Ł.: Ale wiesz, że komisja była jednomyślna podczas wyboru zwycięzcy?
M.W.: Obiło mi się o uszy, że pani doktor Makowska, a także pani dziekan wspomniały o tym. Bardzo jest mi miło, ale zaskoczyło mnie to.
H.Ł.: Usłyszałaś jakieś uzasadnienie, dlaczego właśnie ty wypadłaś najlepiej?
M.W.: Nie, nic nie wiem. Jedyne, co usłyszałam, to zdanie pani dziekan, która stwierdziła, że kapituła zdecydowała, iż moje działania dają coś wydziałowi i że będę dobrze reprezentowała ideę tego konkursu. Że humanista może rozwijać swoje pasje i działać na wielu polach.
H.Ł.: Jak myślisz, czy to nie jest trochę tak, że przez te dwa miesiące, bo tyle trwa konkurs od momentu rozpoczęcia przyjmowania zgłoszeń, jego uczestnicy są na Wydziale Humanistycznym swego rodzaju celebrytami?
M.W.: Zwróciłabym tylko uwagę, że to bardziej w drugiej edycji, bo Superhuman się rozwija, zyskał aprobatę większego grona osób. Media interesują się konkursem, udało się pozyskać patronów medialnych. W pierwszej edycji to zaplecze było skromniejsze. Więc jeśli chodzi o „celebryckość”, to troszkę pewnie tak jest. I ja myślę, że to dobrze. Ktoś na końcu zwycięży i na niego będzie zwrócona uwaga. Ale bardzo widoczne jest to, że ten zwycięzca aż tak nie góruje nad pozostałymi. Myślę, że to wielka zasługa doktor Makowskiej, która stara się, żeby wszyscy uczestnicy byli traktowani sprawiedliwie, żeby każdy był doceniony.
H.Ł.: A w twoim życiu zmieniło się coś po pierwszej edycji Superhumana?
M.W.: Trochę tak, chociaż chyba niezbyt dużo. Wprawdzie więcej osób mnie kojarzy, prześledziło tę moją sylwetkę. Chyba to jest troszkę tak, jak ze sportowcami, że jak się zdobyło złoto olimpijskie czy mistrzostwo świata, to ta poprzeczka też jest wyżej i ja to odczuwam. Nie wiem, na ile sama sobie to narzucam, bo nikt mi tego wprost nie mówi.

12915259_1128719983846434_1371469835_o
H.Ł.: To brzmi przerażająco. Jakby potem było znacznie trudniej.
M.W.: Być może ja to tak postrzegam, ale dużo więcej od siebie wymagam. Mówiłam już nie raz, że wygrana w konkursie mnie motywuje. Wynika to z mojego charakteru. Jeśli ktoś mnie wyróżnił i dostrzegł moje działania, usłyszałam pozytywną opinię na mój temat, to niezręcznie byłoby zawieść osoby, które mają o mnie takie zdanie. Najgorsze byłoby, gdybym usłyszała, że spoczęłam na laurach. Bo gdyby ktoś mi powiedział: „Słuchaj, ten artykuł, który napisałaś, jest taki sobie”, to mogłabym to przyjąć, poprawić, bo krytyka konstruktywna jest zawsze na miejscu. Ale gdybym usłyszała, że wygrałam konkurs, zrobiłam parę rzeczy, ale teraz już mi się nie chce, to bardzo źle bym się z tym czuła.
H.Ł.: Chciałabym też nawiązać do trudnych sytuacji, bo sama jesteś przykładem, że nie zawsze nasze działania spotykają się z aprobatą. Po konkursie spłynęło na ciebie wiele pozytywnego zainteresowania, ale też zdarzały się reakcje zgoła odmienne.
M.W.: Rzeczywiście, w większości spotkałam się z pozytywnym odbiorem, ale też częściowo z negatywnym. Ale to chyba potwierdza starą zasadę, że oprócz przyjaciół ma się też wrogów. Z samej definicji „bycia na świeczniku” wynika to, że jest się bardziej narażonym na krytykę i złośliwe komentarze. I rzeczywiście spotkało mnie to, ale powiem szczerze, że zawsze biorę sobie do serca opinie osób, które cenię, którym na mnie zależy – biorę do siebie konstruktywną krytykę. Ta mała cząstka negatywnych emocji, która mnie spotkała, nie pochodziła od osób, których zdanie mocno by mnie poruszyło. Nie było to też powiedziane po to, abym mogła pewne rzeczy rozważyć, poprawić. Jeśli te osoby uważają, że zrobiły dobrze, to niech idą dalej, rozwijają się i choć było mi przez chwilę przykro, co chyba normalne, to nie zakryło to pozytywnych rzeczy, które wynikają z Superhumana.
H.Ł.: To znaczy, że osoba, która bierze udział w konkursie, nie musi się obawiać, że za chwilę zaleje ją „fala hejtu”, bezpodstawnej krytyki?
M.W.: Absolutnie nie, chociaż, jak to w życiu, spotykają nas i pozytywne, i negatywne sytuacje. Po prostu trzeba się zgłaszać i niczego z góry nie obawiać.
H.Ł.: A co byś powiedziała osobom, które może chciałyby zgłosić się do konkursu, ale wydaje im się, że nie są dość dobre w porównaniu z innymi uczestnikami, że pole ich działalności nie wzbudzi uznania?
M.W.: Wiem, że taki argument pada najczęściej: „kim ja tu jestem, jak tu są T A K I E osoby”. To jest też kwestia wiary w siebie, poczucia własnej wartości. Jeżeli chodzi o działania, to polecałabym wszystkim, którzy się wahają, pozostawić ocenę kapitule konkursu. Ale jeśli ktoś ma zbyt duże wątpliwości, warto zgłosić się do jakiegoś zaufanego wykładowcy, pokazać swoje działania rodzicom, chłopakowi/dziewczynie… Można się wprawdzie spotkać z nieobiektywnym podejściem, ale na pewno obiektywniej nie jest, gdy próbujemy ocenić swoje działania sami. Natomiast, jeśli ktoś podskórnie czuje, że się nie nadaje, źle będzie się czuł w konkursie, bo mimo całej przyjaznej atmosfery jest to jednak pewien rodzaj rywalizacji, to wtedy nic na siłę. Trzeba po prostu dalej robić swoje.

Autor: Hanna Łozowska
Zdjęcia: Hanna Łozowska
Korekta: Kinga Perużyńska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s