Podróżnik w obliczu brutalnej rzeczywistości, czyli „Eli, Eli” Wojciecha Tochmana


Wielu z nas uwielbia podróżować. Tysiące zdjęć z odległych, fascynujących zwiedzonych miejsc, niezapomniane wspomnienia, relaks i oderwanie się od przytłaczających na co dzień problemów i obowiązków. Tak wyobraża sobie wakacje każdy przeciętny człowiek. Wojciech Tochman w swoim zbiorze reportaży wychodzi poza perspektywę zwyczajnego podróżnika i spogląda na świat okiem obiektywnego reportera, który zauważa w kultowych miejscach świata głód, nędzę, a zarazem ludzką tragedię. Na przykładzie opisanych przez niego slumsów w stolicy Filipin – Manili, zabiera czytelnika w podróż pełną trudnych pytań, skłania do emocjonalnej spowiedzi wobec własnego sumienia.

Książka powstała we współautorstwie dwóch wybitnych jednostek, gdyż reportażom towarzyszy nie mniej ważna część dzieła, bez której nie byłoby ono tak cenne: fotografie Grzegorza Wełnickiego. Jako zgrany duet dwaj mężczyźni stworzyli relację z odległego świata. Świata odmiennego, wypieranego z naszej świadomości. Publikacja składa się z 13 reportaży, a każdy z nich poprzedzony jest zdjęciem. Kończy się podziękowaniem autora, w którym ujawnia on okoliczności powstania materiału. Zadaje sobie pytania. Czy podróżuję tak, jak każdy? Pozostaję obojętny wobec potrzebujących ludzi? Czy aż tak brak mi wrażliwości? Autor ostrzega nas przed sięgnięciem po tom. Przez zaklejoną folią książkę, zaznacza, że to, co w niej zobaczymy, może być niebezpieczne dla naszej moralności i że robimy to na własną odpowiedzialność.

DSCN0826

Pierwszy reportaż zaczyna się od zdjęcia kobiet w wodzie, które są blisko siebie, w ciepłej relacji. Jedna z nich to kobieta-drzewo. Jej ciało to pęcherze. Autor stwierdza, że ten widok szokował. Ale kiedyś. Współczesny świat jest przyzwyczajony do widoku choroby. To już nic nowego, ciekawego. Wspomina historię zdjęcia wyróżnionego Nagrodą Pulitzera, które opublikowane zostało w „New York Times”. Przedstawia ono sępa atakującego wietnamską dziewczynkę. Świetne zdjęcie. Przecież nagrodzone prestiżową nagrodą. Fotograf nie pomógł. Patrzył. I nie zrobił nic. Po pewnym czasie popełnił samobójstwo. Ważniejsze było zdjęcie, nie człowiek. Gdzie są jakiekolwiek granice?

Kolejne reportaże opowiadają o rodzinach mieszkających na cmentarzu. Para kochanków uświadamia czytelnikowi, że w okrutnym świecie Manili może zaistnieć prawdziwa miłość. I nie zdoła jej pokonać bieda. Osiem, dwanaście osób, należących do rodziny, mieszka na jednym grobie. Jest też i 11-letni chłopiec, który walczy o swoje miejsce na nagrobku nie raz ryzykując życiem. Jego zdjęcie robi duże wrażenie. Trzyma ludzką czaszkę w sposób znany nam ze słynnej sceny monologu Hamleta. Nieraz robiono mu zdjęcia. Wie, jak pozować, żeby w innych wzbudzić szok. 1 listopada to wyjątkowe święto w Manili: mieszkańcy sprzątają groby, które są jednocześnie ich domami. Nikt nie musi umrzeć, żeby trafić na cmentarz.

Opisane są także organizowane, płatne wycieczki po filipińskich slumsach, prawdziwe oblicze miasta. True Manila. Atrakcje dla białych z Zachodu, którzy przyjechali na wakacje, to między innymi: nakarmienie biedaka, popatrzenie na nastoletnie kobiety z brzuchami czy zrobienie zdjęcia z ludzką żebrzącą „małpką”. Później takie zdjęcie, wrzucone z iPoda, ciekawie prezentuje się na facebookowym profilu, a inni mogą kliknąć „lubię to” czy je udostępnić. Do tego ogranicza się nasze zainteresowanie tamtymi ludźmi. Biedę oglądamy przez szkło. Dosłownie, bo przez szkło najnowszego modelu telefonu. Część czytelników może czuć się zbulwersowana, że cywilizowani bawią się w przebieranie i ustawianie do zdjęć i tak już cierpiących ludzi. Co to? Ludzkie zoo? Nie zdają sobie jednak sprawy, jak pozbawieni wrażliwości są wtedy, gdy bez skrupułów robią zdjęcia biedakom, podstawiając im obiektyw pod sam nos. Ale przecież to tylko niewinna atrakcja.

Manila_Central_Post_office_by_the_Pasig_river-horz

Warsztat autora reportażu o filipińskich slumsach jest bardzo specyficzny. Język, mówiąc kolokwialnie, jest „obrany do kości”. Brak jakichkolwiek epitetów, komentarzy, nie mówiąc o metaforach. Jest taki, jak przedstawiony przez niego świat. Brutalny. Lapidarność, lakoniczność, słowa porażające dosadnością współgrają z oferowaną czytelnikowi treścią. Tochman stosuje technikę montażu filmowego, która polega na łączeniu różnych planów oraz na umiejętności patrzenia zarówno przez pryzmat zbiorowości, jak jednostki. Wpływa to na obrazowość tekstu. Podczas lektury reportażu w naszej głowie tworzy się kolaż obrazów, które możemy skonfrontować z dołączonymi zdjęciami.

Podsumowując, „Eli, Eli” Wojciecha Tochmana i Grzegorza Wełnickiego nie jest łatwą i przyjemną lekturą, ale obowiązkową dla osób, które chcą zmierzyć się ze swoją moralnością. Trudne pytania, podszyte brutalnością, pozostawiają czytelnika w ciężkim szoku. Jednocześnie Tochman zastanawia się nad granicami moralności reportera oraz dziennikarza, który słuchając historii spotkanych osób nie raz płacze. Trudne warunki pracy i ciągła niepewność: ile mogę opublikować, aby nie naruszyć całkowicie intymności poznanych ludzi? Winny jest fotograf czy oko, które przetwarza obraz? Stwierdza też, że „praca reportera to spacer po kruchym lodzie”. A my? Musimy odpowiedzieć sobie na inne pytania. Jak pogodzić się z odpowiedzialnością za otaczającą nas rzeczywistość? Mamy ot tak podróżować, nie przejmując się niczym? Człowiek tutaj, mając swoje sprawy i swoje życie, w końcu zapomni. Wyprze ze świadomości fakt, że inni ciągle o coś walczą. Być może odpowiedź sprawi, że większość z nas spojrzy z empatią na drugiego człowieka i wyrwie pozostałych z letargu obojętności.

Autor: Justyna Mołodziejko

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s