Stadionowa turystyka piłkarskiego fanatyka


fot. commons.wikimedia.org

Polacy coraz częściej do mowy ojczystej wtrącają angielskie słówka. Obok hejtu czy briefingu niedawno pojawił się groundhopping. Co oznacza? Pojęcie wzięło się od zlepku dwóch angielskich słów: „ground” – stadion, obiekt piłkarski, boisko oraz „hopping” – skakać. Po ich połączeniu otrzymujemy twór pod nazwą „skakanie po stadionach”, co w wolnym tłumaczeniu możemy przyjąć jako „turystykę stadionową”. Początkowo zajmowali się nią Brytyjczycy, dopiero później pojawiła się w takich krajach jak Niemcy czy ostatnio Polska. Co ciekawe, a właściwie najważniejsze: groundhopping to głównie zwiedzanie stadionów (często boisk) mających niewiele wspólnego z profesjonalnym sportem. Finał Ligi Mistrzów lub Gran Derbi to, dla zdecydowanej większości groundhopperów, nic szczególnego. Wręcz nudy.

Jedni zbierają Pokemony, inni wolą kolekcjonować mecze. Czy raczej stadiony. Oto właśnie esencja groundhoppingu. Celem turystyki stadionowej nie jest obejrzenie meczu, na który czeka cały piłkarski świat. Ważniejsza jest liczba spotkań. Im pokaźniejsza, tym groundhopper cieszy się większym poważaniem w środowisku ludzi sobie podobnych. Nieważne, czy jest to trzecia liga islandzka czy ósma polska. Zresztą im „egzotyczniejszy” teren, tym większy powód do dumy stadionowych turystów. Nie oznacza to jednak, że mecze czołowych drużyn nie cieszą się ich zainteresowaniem. Na derbach Mediolanu czy Belgradu są ich całe hordy.

Wielu, nawet zainteresowanych futbolem, może pomyśleć że ci ludzie są nienormalni. Kto o zdrowych zmysłach ma czas, pieniądze i chęci by polecieć do Islandii na mecz najsłabszej drużyny w jednej z najsłabszych lig Europy? Całej wyprawie towarzyszy o wiele więcej, niż tylko sport. Zazwyczaj mecz jest połączony ze zwiedzaniem miasta, degustacją lokalnego alkoholu, nawiązywaniem międzynarodowych kontaktów oraz co najważniejsze – świetną zabawą. Teksty, które można usłyszeć na stadionach niższych lig potrafią urosnąć do miana klasyki. W Polsce jednym z popularniejszych jest stwierdzenie (po nieudanej akcji zawodnika) przez anonimowego starszego kibica: „ale ten Wojtek to się k***a zrobił uefa internaszynal kap federejszyn”.

W ciągu roku niejeden stadionowy zapaleniec przekracza liczbę dwustu obejrzanych spotkań! W naszym kraju lepszym wynikiem może pochwalić się chyba tylko Mateusz Borek. Tyle, że najpopularniejszy polski komentator „oglądając” mecz równocześnie zarabia pieniądze. Groundhopping do tanich nie należy. Skąd więc jego entuzjaści mają środki na pielęgnowanie swojej pasji? My nie wydajemy dużo. Staramy się ograniczać koszty – mówi Krzysztof, groundhopper z naszego kraju. Prawie nic nie kosztują nas bilety. Jeżdżąc na tak wiele meczów współpracujemy z portalami internetowymi, dzięki czemu mamy legitymacje prasowe i załatwiamy akredytacje. Korzystamy z tego również poza Polską. Kosztów jedzenia nie liczę, bo na wyjazdach nie chodzimy po drogich restauracjach. Wydajemy na jedzenie na takim poziomie cenowym, jakbyśmy byli w domu. Jeżeli robimy wyprawę z noclegiem, to śpimy u rodziny lub w hotelach, gdzie płacimy 30-40 zł za osobę.

Nie zawsze na meczach czy podczas przebywania na terenie innych krajów bywa bezpiecznie, także stadionowa turystyka wymaga ostrożności. Zwłaszcza w krajach bałkańskich, gdzie „obcy” generalnie nie są mile widziani na stadionach. Nie oznacza to, że np. na meczu Crveny Zvezdy Belgrad po kilku minutach któryś z Serbów „poprosi” o opuszczenie obiektu. Stadionowy turysta po prostu powinien znać swoje miejsce w szeregu.

Sytuacje nieprzyjemne to rzadkość. Z wyjazdami zagranicznymi zazwyczaj wiążą się ciekawe historie. Kilka razy zdarzyło się, że na stadionie, na który przyjechałem nie ma meczu, bo boisko jest zarośnięte trawą – śmieje się Arek, stadionowy turysta z Polski. Nie tak dawno na meczu 3. ligi hiszpańskiej pojechałem na mecz zespołu L’hospitalet. Trochę się spóźniłem, a bilet kosztował 15 euro i nie za bardzo chciało mi się marnować kasy, więc „na pewniaka”, jak gdyby nigdy nic, wszedłem obok ochrony. Nikt się nawet nie doczepił! A sama atmosfera podczas spotkania była zdecydowanie lepsza niż na Camp Nou.

Groundhopping wiąże się z innym angielskim hasłem: against modern football. Dla stadionowych koneserów prawdziwa piłka nożna to nierówne boisko w Chrząstawie oraz zawodnicy miejscowego LKS-u mający serce do gry. Nie globalne kluby, w których jeden zawodnik zarabia więcej niż cała Polska ekstraklasa. Nie reklamy, wszechobecne kampanie antyrasistowskie i wielkie nazwiska. W dobie restrykcji, kiedy nawet sami kibice nie wiedzą, za co mogą otrzymać zakaz stadionowy, futbol na poziomie IV-ligowym i niższym wydaje się być powrotem do korzeni tego sportu. To tam możemy doświadczyć tego, co już dawno bezpowrotnie minęło na stadionach renomowanych drużyn – zimnego piwka w doborowym towarzystwie, taniej kiełbaski z grilla, czy w końcu zawodników grających z pasji, nie dla pieniędzy. Żaden Stadion Narodowy ani Robert Lewandowski, strzelający 5 bramek w 9 minut, nie zastąpi klimatu niższych lig. W tym momencie nie pozostaje nic innego, jak tylko dodać: Umarł futbol, niech żyje futbol!

Autor: Mateusz Sobiech

Korekta: Barbara Pietrewicz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s